poniedziałek, 11 stycznia 2016

Od East'a


- Wygrałeś, East.
To po tych dwóch słowach skończył się świat. No dobra, nie skończył, dość dupnie by było, jakby w takim momencie się skończył. Ale na pewno dotarło do mnie wtedy kilka spraw.
Byłem zdziwiony. Na prawdę zdziwiony tym, co się stało. Może dlatego nie popisałem się refleksem i nie przyciągnąłem jej do siebie, by pogłębić pocałunku. A pragnąłem tego jak niczego innego.
Ale ten moment trwał za krótko. Odsunęła się ode mnie i bez słowa wyszła. Odwróciłem się za nią bezwiednie, nie chcąc stracić jej z oczu.
Wygrałem? Nie czułem się jak wygrany.
Po dłuższej chwili walki z samym sobą, bo wciąż czułem wewnętrzny opór przed tym, by przyznać przed samym sobą, że...
Że co? Właśnie. Co?
Kocham ją?
Czy ja...?
Czy ona...?
Zrobiłem parę kroków w stronę, w którą ona ruszyła, by po chwili pobiec. Musiałem ją złapać. Tak. Złapać... i co zrobić?
Rozglądnąłem się niepewnie po holu. Nie było jej tu. Na wieszaku nie wisiał jej płaszcz. Gwałtownym ruchem otworzyłem drzwi wejściowe i przystanąłem z charknięciem. 
Aria szła wzdłuż płotu, otaczającego posesję, trzymając za rękę tego Azjatę.
Zagotowało się we mnie. Przed chwilą mnie pocałowała, a teraz szła na spacer za rączkę z wilkiem? Miałem ochotę za nią pobiec i wyszarpnąć jej rękę z uścisku tego kundla.
Ale nie ruszyłem się.
Nie wiedziałem jedynie, że będę tego tak żałować. Tego, że wtedy NIC nie zrobiłem.

* * *

- Co jest?- Spytałem zgaszonym głosem, siedząc na kanapie w salonie. Mała bawiła się na podłodze klockami. Leżała na brzuchu z krokodylem pod lewą ręką i układała z drewnianych elementów fortecę wokół siebie. Kątem oka widziałem jak jej drobne nóżki poruszają się raz za razem w powietrzu.
- Nie twoja sprawa.- Rzucił North, zataczając kolejne nerwowe kółko wokół kanapy, na której siedziałem. Nawet mnie to nie irytowało. Czekałem ciągle na powrót Arii -  początkowe nerwowe oczekiwanie jakiś czas temu przekształciło się w zawód i gorycz. 
Tak długo jej nie było...
- Skoro tak mówisz.- Wyciągnąłem się na kanapie, opierając stopy na bocznym oparciu na przeciwko, a ramiona krzyżując za głową.- Nie powiesz nawet z czym jest związane to twoje podburzenie emocjonalne?
Nie doczekałem się odpowiedzi starszego brata. Od początku nie tolerował mojej obecności.
- Daj spokój. Możesz mi powiedzieć, zamiast wciąż wgapiać w swojego cudownego iphona. - Mruknąłem, spoglądając w stronę bawiącej się dziewczynki. Właśnie w skupieniu czołgała się pod zbudowanym mostem, najwidoczniej starając się go nie rozwalić.
- Nagle tak bardzo jesteś zainteresowany naszymi problemami?- Rzucił sarkastycznie, zastygając nienaturalnie w miejscu.
- Nie wiedziałem nawet, że mamy jakieś problemy.- Wbiłem w niego wzrok, niezadowolony kierunkiem, który nabrała ta rozmowa.
- Właśnie. Nie wiesz nawet, że coś jest  na rzeczy. Ani teraz. Ani wtedy.- Syknął z płomieniem złości, a może bólu w oczach?
- Wtedy? Znowu nawiązujesz do tego feralnego pogrzebu?- Mięśnie ramion mi się napięły.
- Feralnego? Feralny to on był przez Ciebie. I to tylko dlatego, że jesteś tchórzem, East.  Egoistycznym dupkiem, który ucieka nawet przed swoją rodziną! Obniosłeś się swoim bólem i nie spojrzałeś nawet na to, że inni też cierpią! Nie masz pojęcia jak się wtedy czuliśmy, ale i tak to ty byłeś tym najbardziej zranionym, tak? Bo co? Bo każdy musi o wielkiego Easta się martwić? Bo wielki East potrzebuje miłości? Jesteś gorszym bachorem od Wendy, a nienawidzę bachorów. Nie trawię cię, nawet mimo, że niestety jesteś moim bratem.
- To już wszystko co do mnie masz?- Spytałem spokojnie, zastanawiając się przelotnie czy Wi nic się nie stało, gdy klocki na nią spadły. Mała aktualnie wodziła wzrokiem ode mnie do mojego brata. Wyglądała jak zbite szczenię. Nie powinna tu być.
- Wujek mnie nienawidzi...-Powtórzyła cicho, gdy zadawałem swoje pytanie. Serce się krajało.
- Oczywiście, że nie. Mam do powiedzenia o wiele więcej.- North otworzył i zamknął pięść. Poza tym ciągle trwał w miejscu, przy oknie. Nieruchomy niczym posąg.
- Jasne, braciszku. Przepraszałem cię już za tamto. To już przeszłość. O co chodzi?- Ruchem brody wskazałem na jego telefon, tkwiący wciąż w jego dłoni.
- Lily była w szpitalu.
- Szpitalu?- Uniosłem do góry brew. Obserwowałem w skupieniu, jak North wzdycha i podchodzi do kanapy, na której siedziałem, a następnie spycha moje nogi z oparcia i siada na zwolnionym w ten sposób miejscu.
- Tak. W Mike O'Callaghan Federal Medical Center. 
- Aaaaaa. Tym.- Pokiwałem głową, mimo że kompletnie nie wiedziałem gdzie to jest.- I co z tym szpitalem nie tak? Aż tak cię wzburzył, więc musiałeś wydeptać dziurę w naszym salonie, bo... 
Nie dokończyłem widząc wrogie spojrzenie brata. No tak. To, że osiągnęliśmy jakiś względny kompromis, nie oznacza, że nagle zaczął mnie całkowicie tolerować.
Odchrząknąłem.
- Spoko. Mów dalej, nie będę przerywał. Tylko daj mi chwilę. Wendy, wujek cię wcale nie nienawidzi. Był zdenerwowany na mnie, nie na ciebie, słonko. Możesz wrócić do układania swojego miasta. Bez tego pięknego wiaduktu nie będziesz mu mogła nadać nazwy.- Pokiwałem głową.
Mała spojrzała w naszym kierunku mokrymi oczyma.
- Ale wujcio już nie jest na ciebie zły? Jest?
- Nie, Wi, nie jest. Tak myślę, że na razie mi odpuścił. Ale nie mów mu tego, bo wiesz, to tajemnica.-Zignorowałem wzrok brata typu "Serio, kołku, uważasz że tego nie słyszę?".
- A przytuli mnie wujek?- Pociągnęła żałośnie nosem.
- Tak, pewnie przytuli. Ale najpierw skończ budowę miasta, dobrze?
Mała pokiwała głową i znowu zaczęła się bawić.
- Nie przytulę jej.- North mruknął cicho.
- Chcesz żeby znowu zaczęła ryczeć? Mów lepiej o co chodzi z tym szpitalem...
- Dwa wilcze truchła.- North potarł dwoma palcami skronie.- Lily musiała się tym zająć. West z kolei powiadomił mnie, że reszta wilków zniknęła.  A miał je na oku razem z Megan.
- Jak to zniknęła?- Pochyliłem się do przodu zaniepokojony. Aria? A co z Arią?- Uciekli z miasta?
- Zabijając uprzednio dwoje swoich alf?  Nie bądź śmieszny.
- To co się stało?
- Właśnie próbuję to ustalić, ale nie mogę się dodzwonić do Faith. Po cholerę im te telefony, jak żadne z nich nie odbiera?- Warknął gniewnie.
- Może trzeba ich poszukać?- Rozległ się nagle cichy, łagodny głos Cassie, która kilka dni wcześniej przyjechała z Chicago, żeby pobyć trochę z przyrodnimi siostrami.
- I w razie czego zabawić się w superbohaterów i ich odbić? Czy co tam się robi jak ci zgraja psów ginie... Jedzie do schroniska?
- Jeśli przy tym narazimy nasz klan na wybicie to nie.- Starszy brat uciął twardo moje rozważania .

* * *

- Gdzie jest moja siostra, pijawo..?- W ciemności rozległ się gniewny warkot. Niesamowicie niskie tony przeszywały mnie na wskroś. Doprawdy nieprzyjemne uczucie. Drażniące. Prowokujące do ataku.
Stałem na wysokiej jakości, jasnych panelach w penthaous'ie otulonym mrokiem. To tu przez jakiś czas była Aria... Do tego miejsca dotarłem za jej ulotnym zapachem.
- Mógłbym zadać podobne pytanie. Gdzie jest moja Aria?- Syknąłem gniewnie, stojąc w lekkim rozkroku na ugiętych nogach. By w razie czego móc uskoczyć.  
- Twoja Aria?- Ciemność przeszył suchy śmiech.- Bardzo zabawne, wampirku.
- Niestety nie jest zabawne. Swoją drogą nie wiedziałem, że Ari ma brata.
- Tak, zabawne. Ja też nie wiedziałem, że moja siostra ma wampirka na utrzymaniu.- Mierzyliśmy się wzrokiem. Ja i ten obcy o rysach zbliżonych do jej. Wpatrywaliśmy się w siebie niczym dwa drapieżniki, niepewne tego, czy opłaca im się na siebie rzucić. Bo może lepiej by było najpierw wymienić się paroma informacjami?
- Czyli nie wiesz gdzie jest? 

piątek, 8 stycznia 2016

(Wataha Burzy) od Nataniela

Patrzyłem na dziewczynę przez chwilę.
Hmmmm…
- Co do pierwszego pytania… Faith była Alfą, jest częścią watahy, nawet jeżeli ona sama w to nie wierzy... I jest moją przyjaciółką. Tak jak wy wszyscy. Jesteście moją rodziną. Martwię się o ciebie, Hebi, mojego braciszka… Nawet o Ice’a. O tych wszystkich, których jeszcze nie do końca poznałem, jak Kilmeny, Ren, czy Sol.
- Dobrze… A pozostałe dwa pytania? Jakie masz do nich odpowiedzi? – dopytywała się z zaciekawieniem ciemnowłosa.
- Co do Hebi… To długa historia. Powinnaś wiedzieć tyle, że to ją pierwszą spotkałem. Zaintrygowała mnie, co poruszyło moje zlodowaciałe przez Radę serce. Chciałem się do niej zbliżyć i na początku pragnąłem ją zdobyć, ale później po prostu ją pokochałem. Teraz wiem, że jest dla mnie rodziną. Myślałem, że to coś więcej, ale myliłem się. Jest dla mnie jak siostra, mimo że na początku chciałem z nią chodzić. I jeszcze Ice. Może i wyglądałem na takiego, który był o niego zazdrosny, ale to nie tak. Po prostu martwiłem się o Hespe… Tak jak ja, myślała, że się zakochała w Ice’ie, ale moim zdaniem była to tylko wdzięczność... W końcu Alfa Wody był pierwszą szczerze życzliwą osobą odkąd uciekła z domu. 
Zastanowiłem się chwilę i mówiłem dalej.
- Czemu martwię się o Hespe? Sam nie wiem kiedy zacząłem się tak zachowywać i dlaczego. Po prostu. Ta dziewczyna sprawia, że mam ochotę się o nią troszczyć.
- Po prostu… To takie proste?
- Tak… Po prostu trzeba przestać o tym myśleć. Tak jest dużo łatwiej.
- Mówisz? Okej… Więc do końca dzisiejszego dnia nie myślmy o tym oboje – zawołała wadera, po czym złapała mnie  za rękę i pociągnęła za sobą.
- To co robimy? – zapytała podekscytowana, na co ja roześmiałem się głośno.
- Sam nie wiem… A na co masz ochotę, Madame – zarechotałem ciszej, obrzucając dziewczynę ciepłym spojrzeniem.
- Hmmmm…. Chodźmy potańczyć…
- Potańczyć? – powtórzyłem, unosząc brew.
- Tak tańczyć… Ruszać się w rytm muzyki…
- Wiem co to taniec… Po prostu nie wiedziałem, że ty…
- Umiem coś więcej od walca lub innych tradycyjnych tańców? Wbrew pozorom byłam ciekawskim i niesfornym dzieckiem… Co nie zmienia faktu, że umiem wiele rożnych rzeczy.
- A czy to przypadkiem nie jest niezgodne z regułami jakie zostały ci narzucone, panienko?  – ponownie się roześmiałem, stając na środku dużego parku, w którym się znaleźliśmy.
- Nie nazywaj mnie tak.
- Okej.. Jak chcesz – puściłem do niej oczko, przyciągając ją niespodziewanie do siebie. Nasze twarze momentalnie spotkały się na tym samym poziomie, zaledwie dziesięć centymetrów od siebie.
- Zatańczmy – oznajmiłem, kładąc na jej łopatkach jedną dłoń, drugą łapiąc ją za rękę.
- Tutaj?
- A czemu by nie – uśmiechnąłem się zawadiacko.
- Nie ma tu nawet muzyki, już nie wspominając o tym, że jest to miejsce publiczne – zarumieniła się delikatnie, gdy moja dłoń delikatnie zsunęła się, wzdłuż jej kręgosłupa.
- To co… Po prostu tańcz – mrugnąłem do niej i zacząłem kołysać się w rytm piosenki, która rozbrzmiała w mojej głowie.  Dziewczyna po chwili roześmiała się i usłyszawszy w swych myślach tą samą melodię, pozwoliła mi się poprowadzić.
- Całkiem nieźle tańczysz jak na łowcę – zagaiła po chwili, patrząc na mnie błyszczącymi od szczęścia oczami.
- Gdy byłem mały lubiłem się ukrywać i obserwować. Byłem razem z tobą na wielu twych lekcjach dykcji, tańca, muzyki. Całkiem nieźle umiem się ukrywać, a jako dziecko byłem tobą zainteresowany, ponieważ byłaś tak inna ode mnie.
Wadera zaśmiała się aksamitnie, a jej ciemne włosy rozwiał jesienny wiaterek .
- Co cię tak śmieszy –spojrzałem na nią, udając obrażonego.
- Nic nic… Po prostu zawsze jest za późno… Na pewno i tym razem tak będzie.
- Ario… Dorastamy... I wiedz, że nigdy nie  jest za późno – uśmiechnąłem się już kolejny raz i tańczyłem dalej, gdy nagle poczułem przeszywający ból w lewej nodze. Mimowolnie opadłem na kolana, delikatnie zamroczony.
- Nataniel! – usłyszałem przerażony głos Arii, który chwilę później przeobraził się w krzyk.
- Zostawcie mnie… Nie!
Ostatkiem sił uniosłem głowę i spojrzałem w stronę, z której nadchodził jej głos. Moje zakryte cieniem oczy wyłapały trzy kształty. Jednym z nich była sylwetka Arii, która próbowała się wyrwać pozostałej dwójce. Jej twarz była mokra od łez, ale oczy cały czas patrzyły na mnie.
- Zostawcie ją – wychrypiałem, gdy poczułem obecność  jeszcze jednego intruza.
- Ohh… Patrzcie któż to… Nieustraszony łowca. Kochany synalek ojczulka.  Stoczyłeś się – mruknął mi do ucha dawny przyjaciel.
- Po co to robicie… - wysyczałem przez zaciśnięte od bólu gardło.
- Cóż… Takie rozkazy. Rada ma, co do tej waszej śmiechu wartej watahy plany. Nie zrozum tego źle, Nat. W ogóle nie czerpię przyjemności z rozkwaszania twojej twarzy.
Zarechotał i z ogromną siłą kopnął mnie w brzuch, a już chwilę później moje myśli przysłonił gęsty mrok.

Od Julie

Byłam w piwnicy. Tak mi się przynajmniej zdawało. Nigdzie nie było widać okien, drzwi czy schodów. W głowie miałam totalną pustkę. Jak się tu znalazłam? Przecież jeszcze chwilę temu byłam w domu z Shazzym… Nadgarstki mnie nie bolały, co wykluczało wcześniejsze związanie. Zdziwiło mnie, że mogę się normalnie poruszać. Chociaż tu i tak nie było niczego, przez co mogłabym uciec. Usłyszałam coś za sobą. Zesztywniała ze strachu odwróciłam się w stronę dźwięku. W cieniu ktoś stał. Nie mogłam dostrzec jego twarzy, dopóki postać sama nie wyszła z cienia. Ujrzałam mego ojca. Ubrany był w coś rodzaju zbroi, miał długą czarną, chyba skórzaną pelerynę, która ciągnęła się za nim powoli. Uśmiechał się dziko. Gdy podszedł bliżej zauważyłam, że ma zakrwawione ubranie. Wystraszona, zaczęłam się powoli cofać. Jego uśmiech powiększył się...
- Czyżbyś wystraszyła się odrobiny krwi?- Drwił ze mnie.
- Czego chcesz?- Warknęłam
- Mam dla ciebie propozycje. Bardzo ciekawą.
- Nie kłopocz się. I tak nie mam zamiaru się zgodzić.
- Zobaczymy… Wiem, że masz szczególne moce i nie wiesz jak z nich korzystać. Nauczymy cię jak się nimi posługiwać. Będziesz wśród swoich. Zapewnię ci miejsce w Radzie. Nie musisz się nas bać... Tamte… watahy nie mają racji co do nas. Nie możesz im wierzyć. Chodź ze mną. – wyciągnął rękę w moją stronę. Przenosiłam wzrok z jego twarzy na jego dłoń. Są plusy i minusy tej sytuacji. Jak z nim pójdę, to inni uznają mnie za zdrajczynię, ale mogę się nauczyć posługiwać mocami. Ktoś kiedyś powiedział, że czasami trzeba być w egoistą. Miałam nadzieję, że ten człowiek się nie mylił. 
Podałam rękę Aaronowi. Wkroczyłam w nowy rozdział mojego życia.

                                                                                                                                                ~ Kilka miesięcy później ~

Korona drzewa, na którym się schowałam, całkowicie mnie zasłaniała, ale on i tak wiedział, że tu jestem. Wyczuwałam Brana za sobą- skradał się w wilczej postaci. Wyjęłam sztylet z pochwy i mocniej chwyciłam gałąź, której się trzymałam. Bran był ode mnie starszy i lepiej wyszkolony, więc zawsze wygrywał, ale nie tym razem. Dziś miałam zamiar pokazać parę nowych sztuczek, których nauczył mnie Chase. Miałam nadzieję, że moi nauczyciele nie rozmawiali o moich postępach i Bran nic nie wie o "sztuczkach"... 
Chłopak był już pod drzewem, na którym siedziałam. Czas się zabawić. Skupiłam się na dźwiękach, które mnie otaczały. Dzięki moim mocom żywiołów słyszałam rosnące drzewa- to jak pobierają wodę i składniki mineralne z gleby. Przyjemny dźwięk. Ale nie o tym miałam myśleć. Wyobraziłam sobie, jak te wszystkie małe roślinki zmieniają się w wielkie, krwiożercze bestie, które słuchają tylko mnie. Nie musiałam nawet otwierać oczu by wiedzieć, że Bran się tego nie spodziewał. Rośliny owinęły się wokół niego i podniosły na wysokość mojej twarzy, a że jeszcze nie zeszłam z drzewa, było to dosyć wysoko. Wilk zniknął i pojawił się brązowowłosy chłopak. Wyrywał się, ale roślinki trzymały go dosyć mocno. Poznałam po jego oczach, że się boi. Mój uśmiech stał się jeszcze szerszy. Pierwszy raz ktoś się mnie bał, tak naprawdę. To uczucie było po prostu piękne. Ojciec miał rację.
- I jak ci się podobają moi nowi znajomi? Piękni, prawda? – jedna z roślin owinęła się wokół mojego nadgarstka. Nie żeby mnie chwycić, to miała być pieszczota. Zauważyłam, że znowu pojawiły się te dziwne znaki na moich rękach. Były niesamowite. Pulsowały i świeciły. Serpentyny ciągnęły się aż do obojczyka.
- Cóż, zaczynasz być coraz lepsza, szczeniaku.- nienawidziłam tego przezwiska. Łodyga przy jego nodze zaczęła się powoli palić, ale nie spalała się.
- Dobrze wiesz, że nie lubię jak tak na mnie mówicie. Chyba nie powinieneś denerwować kogoś, kto może cię udusić, a potem usmażyć, nie sądzisz?- syknęłam
- Usmażyć? O czym ty… - chłopak wrzasnął gdy tylko się zorientował, że jego prawa nogawka powoli zaczyna się palić.- Przestań! Natychmiast! Co ty sobie myślisz?!
- Myślę, że właśnie wygrywam. Powiedz tylko, że wygrałam, a cię puszczę. – mój uśmiech musiał już zajmować połowę twarzy.
- Chyba cię posrało szczeniaku. Nigdy…- w tym momencie moje kochane roślinki ścisnęły go troszkę mocniej- Dobra, dobra. Wygrałaś. A teraz mnie puść. Więc go puściłam. Spadł z ok. 4 metrów. Ach, piękny widok. Zsunęłam się po łodydze jednej z roślin i wylądowałam miękko na ziemi.
- I jak? Podobał ci się lot?- Prawie zwijałam się ze śmiechu. Bran leżał na ziemi wściekły i kompletnie bezbronny. Niestety ten piękny moment został przerwany przez Sylvię.
- Widzę, że się dobrze bawicie, ale chciałam ci tylko przypomnieć, Julietto, że od jakiś trzydziestu minut trwa nasza lekcja. Rozumiem, że wolisz walczyć, ale poskromienie twojej magii jest trochę ważniejsze niż umiejętność posługiwania się sztyletami, nie uważasz?- W trakcie jej wywodu Bran zdążył się podnieść. Zwróciłam się w jego stronę.
- Na tym musimy zakończyć. Jutro spodziewaj się większego wycisku. Cześć- posłałam mu całusa w powietrzu, na co Sylvia prawie się roześmiała i pokręciła głową. Lepiej z niego nie żartuj, potrafi być porywczy.
- Jak go trochę podenerwuje, to nic mu się nie stanie. Poza tym i tak mi nic nie może zrobić. Jestem "pod ochroną" – moje moce nie są jeszcze w pełni wykształcone, możliwe, że paru jeszcze nawet nie odkryłam. Nie wiadomo, co się stanie jeśli ktoś mnie dotknie lub zdenerwuje, więc po prostu wszyscy unikają kontaktu ze mną.
Przez ten cały czas rozmawiałam tylko z nauczycielami. Matka nadal się do mnie nie odezwała. Szczerze? Nie mam nawet ochoty z nią rozmawiać, więc to właściwie żadna strata.

~*~

Zajęcia już się dawno skończyły. Miałam teraz czas wolny aż do kolacji. Właśnie miałam zabierać się za nową książkę, gdy ktoś zapukał. Drzwi otworzyły się cicho, wpuszczając zimne powietrze z korytarza. Służąca weszła powoli do pokoju. W rękach trzymała pokrowiec na ubrania.
- Panienki ojciec kazał przekazać, iż dziś odbędzie się uroczystość. Ma panienka to założyć. Ktoś po panią  przyjdzie i zaprowadzi na uroczystości.- Powiesiła pokrowiec na drzwiach szafy, dygnęła i szybko uciekła. To wszystko było dziwne. Nikt nic nie mówił, że ma być dzisiaj jakaś uroczystość. Odłożyłam książkę na stolik nocny i podeszłam do szafy by otworzyć pokrowiec. W środku była czarna sukienka do kolan. Rękaw trzy-czwarte był zrobiony z czarnej koronki, a na talii i przy dekolcie można było zauważyć małe diamenciki. Na wieszaku wisiał jeszcze naszyjnik z czarnych kamieni. Nic szczególnego, ale razem to wszystko tworzyło piękną kompozycję. W zestawie nie było butów, ale w szafie miałam nowe czarne szpilki. Szybko wskoczyłam w sukienkę, wyjęłam buty i założyłam naszyjnik. Rozpuściłam włosy i rozczesałam. Zrezygnowałam z mocnego makijażu, nałożyłam jedynie błyszczyk i tusz do rzęs. Znaki jeszcze nie zniknęły, ale były zasłonięte przez rękawy. Miałam złe przeczucia. Powinny zniknąć już dawno. Coś się stanie na uroczystości. Czuje to. Ktoś zapukał do pokoju. Założyłam szpilki i otworzyłam drzwi. Lokaj skinął i odwrócił się. Kazał mi iść za nim.

~*~
Kazali mi stanąć zaraz pod sceną. Nie wiedziałam czemu. Chciałam tylko, żeby to się skończyło, gdy nagle na podwyższenie wyszli ONI. Wszystkie wilki z Niemych Gór. Większości nie znałam, ale wiedziałam, że są stamtąd. Serce mi stanęło. Nie słyszałam już nic. Gapiłam się na scenę szeroko otwartymi oczami i czekałam na dalszy przebieg wydarzeń. Wszyscy wyglądali naprawdę źle. Mieli porozbijane głowy, sińce pod oczami i na policzkach, potargane włosy i wymięte, roztargane niekiedy ubrania. Nikt nie walczył, nie bronili się. Wiedzieli, co ma się stać. Ja też. To było okropne... 
 Nie należałam do nich, ale czułam ogromny smutek mając ich przed oczami w tak podłym stanie. 
Nie poczułam nawet, gdy jedna łza spłynęła mi po policzku. Nie docierały do mnie żadne słowa, które Alexius Laufeyson wypowiadał, zwracając się całej naszej widowni, a z transu wybudził mnie dopiero trzask desek, kiedy czarnowłosy chłopak upadł z hukiem u wejścia sceny. Wszystkie oczy w jednej chwili zwróciły się w jego kierunku, a Alexius zawołał zimno:

- Panie i Panowie, przed wami, w całej swej doskonałości - Rennier Foster!

(Wataha Ognia) od Arii

Siedziałam na  czarnej skórzanej kanapie, po środku wielkiego salonu, ze zwieszonymi rękoma. Czekanie na Dastiana było męczarnią, a każda kolejna minuta dłużyła się w nieskończoność, co sprawiało mi niemałą przykrość.
W końcu postanowiłam, że nie będę siedziała bezczynnie i gdy tylko się ubrałam, wyszłam z mieszkania, od razu kierując się w stronę jednego z salonów należących do brata, gdzie poznałam przemiłą młodą Michel, tamtejszą kasjerkę i kilka innych pracownic.
Z entuzjazmem zaczęłam im pomagać, po to aby zająć czymś nie tylko ręce, ale również swoje myśli, które nieznośnie krążyły w około postaci pewnego nieznośnego, młodego wampira.
Po drugiej z kolei godzinie niezbyt ciężkiej pracy – to znaczy polecania produktów  - rozejrzałam się dookoła, aby już kolejny raz poszukać potencjalnych nabywców produktów, gdy nagle moim oczom ukazał się średniego wzrostu blondyn o azjatyckich rysach i zacięciu wymalowanym na twarzy.  Na mojej twarzy pojawił się uśmiech, który poszerzył się, gdy tylko poczułam znajomy zapach piżma i specyficzną woń naszej watahy.  
- Pomóc ci w czymś?-  szepnęłam wprost do jego ucha, z zaciekawieniem przyglądając się reakcji wilka, na którego twarzy po chwili pojawił się uśmiech. 
-Czym różni się to...- wskazał na jeden z peelingów, po czym podniósł kolejny - ...od tego? Bo już całkowicie nie ogarniam.
- Hmmm… Wydaje mi się, że, no wiesz, ten jest do twarzy, a ten do włosów.- uśmiechnęłam się przyjaźnie - Pierwszy raz robisz tego typu zakupy?
- Może tak.- odchrząknął blondyn.- A przynajmniej pierwszy raz atakuje mnie tak wiele rodzajów tego typu kosmetyków. Bo na prawdę... Nawet nie sądziłem, że można tyle zapachów na peelingi wymyślić, a co dopiero jeszcze jakieś dziwne, zróżnicowane działania, i teraz to już kompletnie nie wiem co ja mam wziąć.- zaczął tłumaczyć, wzruszając przy tym ramionami - Jakoś mój chłopak postanowił uciec do innej połowy sklepu i... Jak dotąd nie wrócił by mi pomóc.- uniósł oczy do góry.- Skaranie boskie z tym chłopakiem.
Popatrzyłam na niego, powstrzymując się od chichotu, które omal nie wyrwał się z mych ust.
- Ymmm – rozmyślałam przez chwilę nad rozwiązaniem, aż w końcu wymyśliłam - Więc ... Może pomogę ci dobrać odpowiednie kosmetyki, co ty na to?
- Dzięki, taka pomoc może mi być potrzebna – odparł chłopak z ulgą w głosie,  odstawiając pomarańczowy peeling na półkę.
- Ok.- uśmiechnęłam się jeszcze szerzej - Więc tak... To potrzebny ci peeling do włosów czy do twarzy?- przechyliłam głowę na bok, nie kryjąc uśmiechu, który nie chciał zejść mi z ust.
- Może skupmy się na tym drugim. Tak.
- Skoro tak mówisz. Masz problemu ze swędzeniem skóry głowy, łupieżem, czy z przetłuszczaniem?
Przyglądałam się mu chwilę czekając na odpowiedź, gdy nagle podszedł do nas pewien poruszony czymś chłopak. Czy to nie chłopak, o którym mówił blondyn? Słodki.
- Ivalio! Ty weź, wiesz co ja tu znalazłem?
- Nie, nie mam pojęcia.
- Więc... O.- chłopak zatrzymał się w pół kroku, po czym zwrócił się w mą stronę.- Cześć, jestem Nezi. A ty to kto?
- Aria.- odparłam krótko, uśmiechając się nadal szeroko.
- Miło poznać. Więc Ivo, normalnie nie sądziłem, że to powiem, ale musisz mnie tu powąchać!-
- No, ładne perfumy.
- Genialne, nie ładne, idealnie będą do ciebie pasować. Musimy je kupić.
- Czekaj, czekaj. Wybieramy z Arią peelingi.
- Uchrrr. Już sobie jakąś znalazłeś? Wstydź się.
- Daj spokój. Zaraz tam pójdziemy. Tylko...- blondyn popatrzył na mnie z wyraźnym zakłopotaniem - Tak trochę głupio zawracać Arii głowę, a potem nie korzystać z jej pomocy...
- Więc jednak nie umiałeś wybrać odpowiedniego szamponu. A mówiłem, żeby zaciągnąć tu jutro Sol, a dzisiaj tylko kupić nam ubrania? 
- Czyli... Zamierzacie później pochodzić po galerii?- zapytałam po dość długiej ciszy, nie do końca pewna tego, czy powinnam się w tej chwili odzywać.
- Tak, zamierzam załatwić Ivalio jakiś fajny zestaw do ubrania – Nezi uśmiechnął się chytrze - A może poszłabyś z nami? No chyba, że nie masz czasu. Z twoją pomocą Ivo mi się nie wywinie z tych wszystkich przymiarek.
Popatrzyłam na tę dwójkę z ukosa
- Pewnie i tak bym ci się nie wywinął.- westchnięcie Ivalio sprawiło, że zechciałam mu pomóc, doszłam więc do wniosku, że czemu nie, i tak nie miałam zbyt dużo do zrobienia.

*****
- A może to? – usłyszałam za sobą rozweselony głos Neziego, który z iście szatańskim uśmieszkiem pokazał nam już dziesiąty z kolei zestaw, na którego widok zmęczony blondyn aż westchnął.
- Wiesz, że możesz coś wybrać i szybko to zakończyć – zagaiłam do Ivalio, którego mina zdradzała niechęć do dalszego chodzenia po sklepach.
- Wierz mi… Najlepiej to przeczekać – sapnął, na tyle głośno abym usłyszała i równocześnie na tyle cicho, aby nie dotarło to do uszu ciemnowłosego.
- Ale ty się tu zamęczysz – rzuciłam do azjaty, po czym odwróciłam się do drugiego z chłopaków  - Nezi… Ostatnie trzy zestawy były najlepsze. Osobiście uważam, że Ivalio najlepiej wygląda w numerze 2.
- Tak myślisz? – zastanowił się na mymi słowami, po czym zerknął na stojącego za mną blondyna – Może i masz rację.
- Pewnie, że mam… Wierz mi… Wyglądał naprawdę bardzo dobrze w dwójce – odparłam, kiedy ten na nowo zaczął mieć wątpliwości – Chodźmy do kasy.
Złapałam chłopaka za rękę i niemal siłą zaprowadziłam go do kasjerki, która z wymuszonym uśmiechem zaczęła kasować ubrania.
****
- Nezi… Naprawdę dobrze wybraliśmy – skwitowałam, po czym puściłam oczko zadowolonemu Ivalio.
Odkąd wyszliśmy ze sklepu, nie było minuty w której ciemnowłosy by nie myślał nad trafnością wyboru, co z jednej strony było dziwne, z drugiej jednak dodawało mu słodyczy.
- Może zjemy coś słodkiego i napijemy się kawy? – zaproponowałam, gdy tylko moim oczom ukazała się przyjemnie wyglądająca kawiarnia, z czerwonymi kotarami w oknach i z iście wiktoriańskim wystrojem.
- Jestem za… – blonwłosy wilk klasnął w ręce i ruszył w stronę budynku, a ja wraz z Nezim poszliśmy za nim.
Po dwóch godzinach miłej rozmowy i konsumowaniu łakoci przyszedł czas na powrót do domu. Nigdy nie byłam tak rozdarta jak teraz, gdyż sama nie wiedziałam w którą stronę mam iść, do mieszkania Dastiana, czy wraz z dwójką nie tak niedawno poznanych towarzyszy.
- Idziesz z nami? – głosy wilków wyrwały mnie z zamyślenia. Uśmiechnęłam się do nich ciepło i kiwnęłam głową na znak zgody poprawiając przy tym włosy dłonią.
- Idziemy.
Szliśmy w ciszy, tylko od czasu do czasu rzucając jakieś śmieszne uwagi. Przez cały czas Ivalio i Nezumi mieli splecione dłonie, co w ogóle mi nie przeszkadzało, a wręcz przeciwnie wydało się przesłodkie.
Uśmiechnęłam się pod nosem i bez zbędnych słów weszłam do domu wampirów, w którym zatrzymała się nasza wataha.
- To my idziemy do siebie – rzucił wesoło ciemnowłosy, zaciągając swojego chłopaka w stronę pokoju. Jedyne co zdążyłam zrobić wraz z Ivalio, to pomachać  sobie na pożegnanie.
Z niemałą radością weszłam w głąb salonu i nucąc sobie coś pod nosem podeszłam do kuchni.  Niespodziewanie tuż obok mnie pojawił się Nataniel, którego twarz wykrzywiona była troską i delikatnym zmęczeniem.
- Nat… Co się dzieje? – zapytałam i podeszłam do chłopaka, który nawet mnie nie zauważył. Ten wzdrygnął się i dopiero po chwili odwrócił w mą stronę twarz.
- Faith… Ona źle się czuje. Już kolejny dzień… Miałem przynieść jej szklankę wody, ale czułem, że chce być sama, więc zostawiłem ją pod drzwiami jej pokoju. Od tamtej pory jej już nie widziałem.  – westchnął – Dodatkowo bardzo martwię się o Hespe… Nie ma telefonu, więc nie mogę się z nią skontaktować, a jej i Kilmeny nadal nie ma.
Blondyn złapał się za głowę i zachwiał się na nogach.
- Coś się zbliża… Czuję to.
- Nataniel… Weź się w garść. Ty tu jesteś facetem – zagaiłam, gdy tylko pomogłam mu dojść do kanapy i na niej usiąść.
- To nie jest dobry czas dla żadnego z nas. Każdy boi się tego co też ci na górze wymyślą. Wielu boi się o swoje rodziny. To normalne w naszej sytuacji, ale to nie znaczy że od razu stanie się coś okropnego.
Mimowolnie dotknęłam jego policzka dłonią.
- Przestań się martwić – rzuciłam ponownie i po chwili wahania przytuliłam go. – Nie lubię, gdy moi przyjaciele się smucą…. Już wiem.
Podniosłam na niego wzrok z ogromnym uśmiechem wypisanym na twarzy. - Może wyjdziemy na spacer? Odetchniemy oboje. Co ty na to?
- Jestem zdecydowanie za – odparł z lekką dozą entuzjazmu, co mnie nie mało uradowało.
- To ja pójdę po coś do zarzucenia na ramiona… Mimo wszystko może się później ochłodzić.
- Twoim żywiołem jest ogień… Czy nie powinno ci być zawsze ciepło?
- Trzeba zachować chodź pozory normalności, prawda? – uśmiechnęłam się ciepło i już kilka sekund później stanęłam po środku swojego pokoju.
Od razu przeszłam na swoją połowę i z zacięciem zaczęłam szukać czegoś do okrycia. Nagle poczułam czyjąś obecność, co sprawiło, że moje serce szybciej zabiło.
- Nie uważasz, że nie ładnie jest się tak czaić? – rzuciłam zaczepnie do stojącego za mną wampira, ani na chwile nie przerywając poszukiwań – Dawno mnie nie odwiedzałeś East.
- Byłem zajęty pomaganiem twoim koleżaneczkom, ale jak widać wróciłem. Co prawda nie na długo, za jakiś czas znowu wybywam, ale teraz jestem. Widzę, że mimo mej nieobecności świetnie się bawiłaś... Z tym Azjatą.
- Co to… Czy ty przypadkiem nie jesteś zazdrosny? – odwróciłam się do niego, patrząc mu wyczekująco w oczy. No dalej, dalej…. Mów coś.
- Ja... Zazdrosny? Śnij dalej, mała – Błąd, westchnęłam i wyminęłam go.
- Nie mam teraz czasu na twoje gry… Umówiłam się na spacer z „tym Azjatą” więc jeżeli pozwolisz… - chrząknęłam, aby pokazać mu, że powinien wyjść z mojej sypialni.
- A co jeżeli nie pozwolę? – na jego przystojnej twarzy pojawił się zawadiacki uśmiech.
- Wiesz co, East? Twoja osoba to jeden wielki worek z pytaniami, na które nigdy nie otrzymam odpowiedzi… Jestem śmieszna… - obrzuciłam go twardym spojrzeniem, które zelżało gdy tylko nasze oczy się spotkały.
Nie chciałam niczego komplikować, ale ktoś musiał coś z tym zrobić. Nasza gra już dawno przestała być zabawna, po co się więc oszukiwać.
- Wygrałeś, East – w końcu wyrzuciłam to z siebie  i nie czekając na jego jakąkolwiek reakcję czy odpowiedź, podeszłam do niego i pokryłam jego usta swoimi.
Gdy tylko się od niego odsunęłam,  byłam tak speszona swoim zachowaniem, że bez słowa wyszłam z pokoju i od razu skierowałam się do wyjścia, gdzie czekał uśmiechnięty Nataniel.
- Gotowa? – zapytał, pomagając mi nałożyć na ramiona znalezioną wcześniej przeze mnie kurteczkę.
- Tak… Możemy iść – wybełkotałam – Lepiej już chodźmy…
- Czy coś się stało, Ari?
- Nie nic… Po prostu chodźmy – powiedziałam i pociągnęłam go za  rękę.

*****
- Dlaczego ja to zrobiłam… Zgłupiałam. Co on teraz sobie pomyśli… - bełkotałam bez sensu, nie zwracając nawet najmniejszej uwagi na idącego obok mnie przyjaciela, który pewnie już dawno uznał mnie za wariatkę.
- O czym ty mówisz? – zapytał zdezorientowany blondyn, po czym złapał mnie za ręce i odwrócił w soją stronę.
- O jednym z wampirów. Ja go… Nie ważne… Po prostu jestem głupia. To wszystko jest głupie.– walnęłam się dwukrotnie wierzchem dłoni w czoło.
- Miłość nie jest głupia, Ario. – westchnął, zakładając kosmyk mych włosów za ucho – Jest trudna do zrozumienia, w wielu przypadkach do zaakceptowania, ale nie jest głupia.
- Miłość? Nie … To nie jest miłość… Nie może być… To tylko gra, głupi gra dwóch drapieżników i tyle.
- To dlaczego tak to przeżywasz… Dlaczego tak bardzo ci zleży? – jego mądre oczy obrzuciły mnie kojącym spojrzeniem.
- Ponieważ…. Nie wiem – odparłam już spokojniej – A ty? Czemu tak bardzo interesujesz się Faith? Dlaczego lubisz droczyć się z Hebi i z nią przebywać? I dlaczego tak bardzo martwisz się o Hespe?

wtorek, 5 stycznia 2016

(Wataha Wody) od Faith

Nie pamiętam kiedy ostatnio tak głośno krzyczałam. Zdzierałam sobie gardło, wierzgając przy tym nogami na wszystkie strony, rozpaczliwie próbując uwolnić się z żelaznego uścisku niosącego mnie mężczyzny.
Nie mam pojęcia jak długo jechaliśmy. W ciemnej ciężarówce, w której leżałam związana i zakneblowana kawałkiem brudnej szmaty razem z innymi, czas stał w miejscu. Ciszę przerywały tylko co jakiś czas wydawane przez niektórych jęki i pochrząkiwania, świst wypuszczanego powietrza oraz ewentualne trzaski podwozia, które podskakiwało przy każdej większej dziurze na drodze.
Siedziałam obolała w pozycji embrionalnej z głową opartą o ścianę i rękami wykręconymi pod dziwnym kątem. Chciałam płakać, ale łzy wciąż tylko zatrzymywały się w moich oczach, nie chcąc płynąć dalej. Zaciskałam więc tylko zęby na szmacie, którą wypchano moje usta i mocno wbijałam paznokcie we wnętrza dłoni, rozdrapując je do krwi.
Przez cały ten czas spędzony w ciemności, w zatęchłym, dusznym wnętrzu ciężarówki, razem z resztą mieszkańców domu, którzy znajdowali się w budynku w chwili wtargnięcia tam cichych jak myszy sługusów Najwyżej Rady, myślałam o tym, co się z nami stanie. Nie mogłam wybaczyć sobie tego, że nie uciekłam jeszcze tego samego wieczoru, którego rozstałam się z Hoax'em, że nie wzięłam ze sobą brata i całej jego rodziny, że nie przejęłam się swoją wizją, że miałam gdzieś wszystkich poza samą sobą, bo przecież uważałam, że to ja najbardziej cierpię.
Byłam egoistką od samego początku. Co może to udowodnić lepiej niż fakt, że w chwili, kiedy zostałam brutalnie obezwładniona i zamroczona jakimś specyfikiem przez Aarona, zamiast pomyśleć o Hebi i Ice'ie, zastanawiałam się bardziej czy moja zapewne niedługo przewidywana śmierć będzie bardziej, czy mniej bolesna?
Kiedy ktoś bezceremonialnie wytargał mnie z ciężarówki i przerzucił sobie przez ramię, z wrzaskiem zaczęłam okładać jego plecy pięściami, zapominając o jakiejkolwiek godności, którą pewnie kiedyś posiadałam.
Było już po zmroku i nigdzie nie było ani jednej latarni, ale mimo wszystko mogłam dostrzec jak inni, których imion nie pamiętałam, wloką po ziemi bezwładne jeszcze ciało Nataniela, prawie przytomnego już Ivalio, szarpiącego się podobnie jak ja Hoax'a, czy miotającego przekleństwami Nezumiego. Z drugiej strony całkowicie nieznany mi, wysoki chłopak o lodowato zimnych oczach niósł na rękach bladą jak ściana Arię, a za raz za nim podążał starszy mężczyzna, który prawie ciągnął za sobą potykającą się o własne nogi blondynkę o imieniu Kyla, którą kojarzyłam jedynie z widzenia.
Serce zabiło mi szybciej, kiedy nie znalazłam wśród nich Hespe, Kilmeny i garstki innych osób, które prawdopodobnie nie znajdowały się w domu w chwili napadu. Nie było też ani Ice'a i Hebi, ani Rena i Sol. Bałam się myśli o tym, co mogło się z nimi stać...
Rozglądnęłam się zdesperowana, próbując złapać kontakt wzrokowy z którymś z przyjaciół, ale większość była zbyt zajęta szarpaniem się ze swoimi strażnikami lub wciąż jeszcze dochodziła do siebie po usypiającej substancji, która wciąż pokrywała ich oczy mgłą.
-Zamknijcie ich w piwnicach. Zaczniemy, kiedy osłabną na tyle, żeby nie robić problemów.- Powiedział ktoś, a już sekundę później z trzaskiem uderzałam twarzą o betonową podłogę, rzucona na ziemię jak szmaciana lalka.

*


Jęknęłam cicho, ktoś otworzył drzwi kilka metrów dalej, pozwalając, żeby przez wąskie przejście do pomieszczenia wlała się smuga pomarańczowego światła. Cała reszta również mrużyła oczy, ale w ich w twarzach było coś przerażającego, co sprawiało, że miałam ochotę rozgryźć krępujące mnie sznury i podbiec do każdego z osobna, żeby potrząsnąć ich wiotkimi ciałami i kazać walczyć.
Przetoczyłam się na jeden bok, czując jak wszystkie siniaki, które pozostały po zderzeniu z twardym betonem, zaczęły na nowo pulsować tępym bólem.
Ciężko było mi oszacować jak długo siedzieliśmy w całkowitej ciemności, poobijani, głodni i spragnieni. Wiedziałam, że ktoś, kto leżał zaledwie dwa metry dalej ode mnie, miał rozbitą głowę, a w powietrzu unosił się zapach krwi, która cienką strużką wypłynęła z jego rany, ale nie miałem nawet siły, żeby spróbować przeczołgać się w jego lub jej stronę. Zresztą i tak nic by to nie dało. Nie byłam w stanie uwolnić swoich dłoni z więzów, które dosłownie wpiły się w moją skórę.
-Zabierzcie wszystkich na scenę, bez ociągania.- Powiedziała kobieta, która otworzyła drzwi.
Wykręciłam głowę, żeby móc widzieć postacie wchodzące do środka, ale w następstwie poczułam tylko ostry ból w szyi. Zrezygnowałam więc z próby ruchu i skupiłam się na odgłosach ciężkich kroków, które chwilę później słyszałam już tuż przy swoim uchu. Skrzywiłam się, czekając na najgorsze, ale poczułam na sobie jedynie ostrożny dotyk czyichś dłoni, które moment później złapały mnie w pasie i uniosły w górę, pomagając wstać. Przez  kilka minut stałam oszołomiona, lekko chwiejąc się w przód i w tył, kiedy dwie pary dłoni sprawnie poruszały się wokół mojego ciała, rozplatając skomplikowane węzły. Gdy sznur w całości spadł na ziemię u moich stóp, wyplułam szmatę z ust i rozmasowałam policzki, po czym niemrawo złapałam się za ramiona, nie potrafiąc jeszcze całkiem trzeźwo myśleć z powodu niedotlenienia i odwodnienia po kilkunastu, a może nawet kilkudziesięciu godzinach spędzonych w całkowitych ciemnościach z około dziesięcioma innymi osobami, w średniej wielkości komórce, czy piwnicy...
Bolała mnie prawie każda możliwa kość, a stanie o własnych siłach stanowiło jak dotąd największe w moim życiu wyzwanie, ale mimo to, wysiliłam się na przekrzywienie głowy w bok, żeby zobaczyć co dzieje się z resztą, z którą przecież dzieliłam to całe żałosne upokorzenie.
Nie zdziwił mnie widok, który miałam przed oczami. Ludzie, którzy jeszcze niedawno byli pełni energii, piękni i zdrowi, wyglądali wówczas jak marne marionetki, poruszające się ociężale z utkwionymi gdzieś w oddali załzawionymi lub rozbieganymi oczami. Poobijani, poranieni i zmęczeni.
Moje oczy spotkały się na chwilę z zamglonym spojrzeniem Ivalio. Poruszyłam bezgłośnie ustami, ale ktoś, kto wcześniej uwolnił mnie ze sznura, popchnął mnie w plecy. Zrobiłam krzywy krok w przód, a mój oddech gwałtownie przyspieszył w chwili, gdy poczułam na swoich dłoniach żelazny uścisk.
-Posłuchaj teraz, słodziutka.- Mężczyzna, który trzymał mocno moje ręce, ten sam który wcześniej rozplątał więzy, pochylił się nad moim ramieniem, żeby móc mówić tak, by jego słów nie usłyszał nikt oprócz mnie. - Powiedziano mi, że masz odegrać za chwilę całkiem ważną rolę. Zrób mi więc tą przysługę i bądź grzeczną dziewczynką. Musisz wiedzieć, że i tak nie uda wam się uniknąć tego, co czeka was za tymi drzwiami. Nawet jeśli zdołacie uciec, znajdziemy was w mgnieniu oka. O walce nie powinnaś nawet myśleć, zwłaszcza w tak kiepskim stanie, w jakim wszyscy jesteście.
Mimowolnie zaczęłam drżeć na całym ciele.
-Bez względu na to, co zobaczysz na scenie, masz posłusznie stać na swoim miejscu i mówić tylko wtedy, gdy będziesz o coś pytana. Wszystko jasne?
Kiwnęłam niepewnie głową, przerażona tym, co może czekać na nas na zewnątrz, ale nie odważyłam się odezwać.
-Grzeczna dziewczynka.- Pochwalił mnie mężczyzna, po czym szybko przeniósł dłonie na moją talię, ustawiając się tak, żeby móc mnie prowadzić. Dopiero wtedy zobaczyłam cień jego twarzy. Nie znałam go wcześniej. Mógł mieć najwyżej dwadzieścia pięć lat, był wysoki i barczysty, o pociągłej, mocno zarysowanej twarzy z jasnobrązowym głęboko osadzonymi oczami i greckim nosem. Włosy w odcieniu ciemnego blondu miał zaplecione w skomplikowany warkocz, a na sobie miał jedynie skórzaną kurtkę i znoszone, staroświeckie dżinsy.
Zerknął na mnie przelotnie, po czym ostrożnie, a jednocześnie stanowczo pociągnął mnie do przodu.
Serce biło mi jak szalone, kiedy powoli, krok za krokiem mężczyzna wyprowadzał mnie z ciemnej piwnicy. Odwróciłam się kilka razy, żeby spojrzeć na idących za nami w jednym łańcuszku, również z pomocą nieznajomych ludzi, najpierw Aria, potem Ivalio, Kyla, Nezumi i cała reszta. Nikt nie rozmawiał, nikt nie próbował się szarpać.
Wszyscy wiedzieliśmy, że nie mamy już żadnego wyboru, byliśmy wycieńczeni i zdezorientowani. Nie mieliśmy szans.

*

Wyszłam na zewnątrz jako pierwsza, kuląc się pod wpływem spojrzeń setek ludzi, gapiących się z ciekawością na nasz komiczny pochód.
Czułam nienawiść do Alexiusa, Rady, tych wszystkich gapiów, a nawet do samej siebie, za to, że nie miałam już siły walczyć.
Nie zdziwił mnie nawet widok zbitej z desek sceny z mojego snu. Jedyne,  co uderzyło mnie w tym niemalże wyjętym z mojej głowy obrazu, było to, że drewniany podest, którego nigdy wcześniej tam nie widziałam podczas kilkunastu lat mieszkania w Arkadii, był zmontowany z taką precyzją i perfekcją, że oczywistym stało się dla mnie to, że stał tam już od jakiegoś czasu, oczekując na nasze przybycie.
Myśl, że wszystko od dawna było już przesądzone, że tak na prawdę Alexius kpił z nas cały ten czas, pozwalając poczuć się bezpiecznie, by w określonym czasie bez żadnego problemu przytargać nas do siebie i ukarać, sprawiła że poczułam mdłości.
Rada nigdy nie przestała nami sterować. Byliśmy tylko godnymi śmiechu marionetkami w osobistym teatrze Alexiusa, a scena, którą dla nas zbudował, miała być oczywistą aluzją do finału naszego przedstawienia.
Rada - w całym swoim majestatycznym składzie - zajmowała miejsce w centrum konstrukcji, na specjalnym podwyższeniu, z którego mieli widok nie tylko na całą scenę, ale też zgromadzony przed nią tłum. Alexius Laufeyson siedział na honorowym miejscu, ubrany w idealnie skrojony, czarny wełniany płaszcz, z białymi włosami zaplecionymi w długi warkocz opadający na plecy i wyniosłym, wzgardliwym uśmiechem na wąskich ustach.
Po karku przeszedł mnie dreszcz. Nasze oczy spotkały się na moment, kiedy zwrócił twarz w naszą stronę i wstał, by zwrócić się do gapiów:
-Dobry wieczór wszystkim mieszkańcom Arkadii, którzy zebrali się tutaj dziś, by podziwiać przygotowane przez nas widowisko!
Ludzie zaczęli klaskać niepewnie, z ciekawością wypatrując obiecanej atrakcji.
-Przywitajcie aktorów brawami!- Krzyknął Alexius, uśmiechając się na natychmiastową reakcję widowni. W tym samym momencie nasza niewielka kolumna ruszyła na przód, wystawiając nas na widok wszystkich zebranych.
Trzęsłam się ze strachu i złości, ale nie odważyłam się posłuchać instynktu, który nakazywał mi ucieczkę.
Szliśmy powoli, krok za krokiem, patrząc na obcych i malującą się na ich twarzach gamę emocji. Z nieba zaczął padać gęsty, mokry śnieg, stopniowo przykrywający ziemię pod naszymi stopami.
Nie pamiętam dokładnie jak znalazłam się na scenie, byłam zbyt roztrzęsiona i przerażona tym, co nas czeka. Nie chciałam patrzeć na Radę, wiedząc, że spotkam się z pogardliwymi i pełnymi kpiny spojrzeniami, utkwiłam więc wzrok na moich pobielałych od zaciskania palców dłoniach.
Co dla nas wymyślili....
-Wszyscy doskonale znacie historię o buntownikach- tchórzliwych uciekinierach, którzy wzgardziwszy naszym prawem, postanowili odrzucić władzę Najwyższej Rady, by stworzyć własne, odrębne imperium... - Alexius mówił swobodnym, ironicznym tonem, chodząc wzdłuż sceny z rękami założonymi za plecy. Na słowo "imperium" w tłumie rozległy się pojedyncze parsknięcia i śmiechy. - Przenieśli się do jednego z najbardziej plugawych, ludzkich miast, gdzie zamieszkali pod jednym dachem z wampirami. Czyż to nie godne pożałowania? W trakcie swojej ucieczki zabili wielu naszych braci i sióstr. Złamali nasze najważniejsze prawa i muszą za to ponieść karę. Wpierw jednak, mam zaszczyt zaprezentować Państwu kogoś absolutnie wyjątkowego. Kogoś, bez kogo cała ta budząca śmiech rebelia nie miałaby miejsca...
Wszyscy w jednym momencie odwrócili głowy w stronę młodego mężczyzny, który z trzaskiem upadł u wejścia na scenę, pozostawiając na deskach pod sobą cienką strużkę krwi wciąż płynącą z jego ust. Kiedy uniósł twarz, a jego czarne oczy zamigotały w wątłym świetle wieczornych lamp, moje serce stanęło.
 -Panie i Panowie, przed wami, w całej swej doskonałości- Rennier Foster!


środa, 30 grudnia 2015

(Wataha Powietrza) od Rena

-Nie ruszaj się. - szepnąłem do Sol, odpychając ją ręką w bok, jednocześnie blokując przejście do sali. Ash mruknął coś cicho, ale pod wpływem uspokajającego uścisku jego matki, z powrotem tylko wtulił głowę w jej ramię.
Przez trzy uderzenia serca wpatrywałem się z grozą w dwójkę ludzi, wokół których na ziemi roztaczała się wielka plama szkarłatnej krwi i nie mogłem wydusić z siebie nawet jednego słowa. Zerknąwszy na wystraszoną twarz Sol, wciąż kołyszącą w ramionach rozespanego Asha, jak w transie ruszyłem w stronę metalowego łóżka, na którym leżała Hebi z bezwładną głową Ice'a na kolanach.
Ostrożnie przeszedłem obok kałuży krwi rozlanej wokół krzesła, na którym siedział Alfa i pochyliłem się nad twarzą Hebi, siną i zesztywniałą, nie ważąc się wykonać nawet jednego oddechu. Przymknąłem oczy, czekając na jakikolwiek delikatny podmuch powietrza na moim policzku, który świadczyłby o tym, że Hebi wypuszcza powietrze, ale po kilkunastu sekundach stania w bezruchu, powietrze pozostawało nienaruszone. Przesunąłem się o kilka centymetrów, żeby najdelikatniej jak mogłem, przechylić skrytą w białej pościeli głowę Ice'a, ale gdy tylko zobaczyłem jego napuchniętą, kiedyś ładną, tak bardzo podobną do starszej siostry twarz, wypuściłem tylko powoli powietrze z ust. Jego skóra, podobnie jak twarz Hebi, przybrała blado fioletową barwę, stała się sztywna i matowa jak papier, wargi pokrywała zakrzepła, purpurowa krew, ta sama, która zlepiła jego blond włosy i zbrudziła białe prześcieradło, a z tyłu na karku widniała głęboka rana po sztylecie lub podobnym rodzaju broni.
Rozpaczliwie próbowałem znaleźć jeszcze puls w dłoni Hebi, ale nie poczułem już nic więcej oprócz przenikliwego chłodu, bijącego od jej ciała.
Zrobiłem krok w tył, czując jak zalewa mnie fala nieopisanego zimna, które niczym miliard cienkich szpilek, wbijało się w moje ciało.
Oboje byli martwi. Ice musiał udusić się własną krwią, po tym jak ktoś z zaskoczenia przebił jego szyję jakimś ostrym i długim przedmiotem, a Hebi... Hebi nie miała na sobie żadnych widocznych oznak ataku, za to wszystkie rurki, do których była podpięta, zostały odłączone.
Dwie Alfy; Hebi i Ice nie żyli. Prawdopodobnie od co najmniej godziny.
Nigdy jeszcze nie widziałem tak przykrego obrazka. Piękni, młodzi, tak bardzo w sobie zakochani ludzie, pozostawieni sami sobie, w martwym uścisku. Po co? Dlaczego?
Bezsilność, która powoli zaczynała niszczyć wszystkie moje zmysły z każdym ułamkiem sekundy ewoluowała, najpierw w ból, strach, a na koniec wściekłość.
Dlaczego te sukinsyny musiały zrobić to z nimi?! Dlaczego nie wybrali, kurwa, kogoś innego?! Co zrobiła im tak sponiewierana przez swoje krótkie życie Hebi, albo dobry Ice, który nigdy nikomu nie powiedział ani jednego złego słowa?
Ciężko oddychając, odwróciłem twarz w stronę drzwi, przypominając sobie o Sol, która teraz patrzyła na zamordowaną dwójkę z łzami w zielonych oczach, najwyraźniej z największym trudem powstrzymując się od wybuchnięcia płaczem przy trzymanym na rękach Ash'u, którego twarzyczkę przycisnęła teraz do ramienia, nie chcąc żeby nasz roczny syn oglądał coś... takiego.
Nasze spojrzenia spotkały się dokładnie w chwili, kiedy zadałem sobie pytanie:
Dlaczego nikt jeszcze tego nie zauważył? Czemu nikt z personelu szpitala nie zauważył leżącej tutaj przez około godzinę dwójki zamordowanych ludzi?
W pierwszej sekundzie poczułem strach o Sol i małego, i w ciągu jednego uderzenia serca znalazłem się obok dziewczyny, lekko kołysząc ją w ramionach.
-Ren...- Załkała cicho, palcami uczepiając się moich włosów tak, żeby przyciągnąć do siebie nasze czoła. - Oni nie żyją, prawda?
-Tak.- Poczułem jak coś złego dzieje się z moim głosem. Serce biło mi w coraz szybszym tempie, a zimno, które wtedy czułem, stawało się coraz bardziej dotkliwe. Nie chciałem na to wszystko patrzeć, nie drugi raz. Dlaczego, do cholery, zawsze ja musiałem bezczynnie obserwować jak umierają moi przyjaciele? Nie mogąc wykonać nawet jednego, pierdolonego ruchu. Nie mogąc spróbować absolutnie nic zrobić. Może to miała być moja największa katorga wymyślona przez Alexiusa? Może właśnie to chciał osiągnąć? Żebym patrzył na śmierć tych wszystkich, których kocham albo  szanuję i cierpiał, nie potrafiąc temu zapobiec? Moja matka, Mac, Ice, Hebi... Kto będzie następny? Sol? Ash?
Nie... To nigdy się nie skończy. Zawsze będzie KTOŚ, na kim będzie nam zależeć. - Te pierdolone skurwysyny zapłacą za to, co zrobili - wysyczałem przez zaciśnięte zęby, głaskając Sol po jej miękkich włosach.
Oni muszą tutaj gdzieś być. Wiedzą, że ktoś z nas w końcu zapragnie odwiedzić Ice'a i Hebi. Choćby Faith. Fai na pewno się tu zjawi. Nie przepuściliby takiej okazji. Za dobrze ich znam.
Poczułem w mięśniach gwałtowny wzrost adrenaliny.
Są tutaj.
Czekają.
-Sol, posłuchaj mnie teraz.- Objąłem twarz dziewczyny w obie dłonie i zmusiłem do spojrzenia mi w oczy.- Zabierzesz Ash'a i jak najszybciej wyjdziesz ze szpitala. Potem nie wracaj do domu, tylko wsiądź w przypadkowy autobus, taksówkę, cokolwiek i jedź jak najdalej stąd. Tu masz trochę pieniędzy.- Mówiłem wolno, wciskając do kieszeni jej kurtki skórzaną saszetkę ze wszystkimi pieniędzmi, które do tej pory udało mi się zarobić.- Bez względu na wszystko nie wracaj do domu, proszę cię. NIE WRACAJ DO DOMU.- Powtórzyłem z naciskiem.
-A ty? Co z tobą? Co zamierzasz zrobić?- Trzęsącą się ręką złapała za kołnierzyk mojej koszuli, a jej oczy znów zaszły łzami.
-Zostanę tu i wreszcie dorwę tych skurwieli.- Powiedziałem, gorączkowo rozglądając się po korytarzu. Niech to szlag, cały czas mogliśmy być obserwowani. Chociaż to bez sensu, Sol i Ash w takim wypadku juz dawno byliby martwi. - Nie mogę wiecznie uciekać, bo już zawsze będziemy się bać, Sol. Jestem już tym zmęczony, tą ciągłą walką... Nigdzie nie jesteśmy bezpieczni, rozumiesz?
-Ale... Jesteś sam, ich będzie więcej...- Zaczęła, zaciskając usta tak, jakby powstrzymanie się od płaczu było czymś niezwykle trudnym i jeszcze mocniej przytuliła do siebie śpiącego syna.
-Przepraszam, kochanie.- Pogłaskałem ją po policzku, zdając sobie sprawę, że jeśli przeciągnę to wszystko jeszcze odrobinę dłużej, nie będę już w stanie zrobić tego, co powinienem.- Musimy go chronić i tylko to się liczy. Ty i Ash.
-Ren, błagam, nie rób tego.- Głos jej się łamał, ale w dalszym ciągu nie pozwalała sobie na coś takiego jak rozpłakanie się. Zawsze była silna. Błagalne spojrzenie jej zielonych jak trawa oczu rozstroiło mnie tak bardzo, że musiałem odwrócić wzrok, który zatrzymałem teraz na parze uśpionych na wieki kochanków leżących kilka metrów dalej od nas.
Mogliśmy być na ich miejscu...
Myśl o martwej, sinej Sol, leżącej z zimnym, drobnym ciałkiem naszego syna w rękach wywołała u mnie dreszcz przerażenia i jednocześnie przypomniała o dzieciach Hebi i Ice'a. Przecież Hebi urodziła bliźnięta. Co z nimi? Czy też je zamordowano?
Jak mogłem zapomnieć o Danielle i Lucasie. Przecież całą rodziną przyszliśmy tutaj, żeby odwiedzić młodych rodziców i ich dzieci. Jak mogliśmy zapomnieć o dzieciach?
-Sol, musisz zrobić jeszcze jedną rzecz.- Upewniłem się, że słucha mnie w skupieniu i zacząłem mówić pospiesznie, starając się tylko, żeby to wszystko miało jakiś ogólny sens.- Teraz zabierzesz ze sobą Ash'a i pobiegniesz jak najszybciej do sali z noworodkami. Odszukasz Lucasa i Danielle i weźmiesz ich ze sobą. Jeśli tylko żyją... Boże, oby tylko żyli... Co masz robić dalej, już wiesz. Nie oglądaj się za siebie, nie odpowiadaj na pytania i nie myśl o nikim innym oprócz dzieci. Zabierz ich wszystkich w jakieś bezpieczniejsze miejsce i czekaj aż was znajdę.
Przez chwilę mierzyliśmy się wzrokiem, wkładając w to wszystkie uczucia, jakie tylko mieliśmy, aż Sol prawie niezauważalnie skinęła głową.
-Obiecaj, że niedługo się zobaczymy.-  Powiedziała tylko, poddając się.
-Obiecuję.- Pocałowałem ją w czoło i z czymś, co miało być uśmiechem na moich ustach, pogłaskałem ciemne włoski niczego nieświadomego Ash'a.
Dwie sekundy później odwróciłem się, żeby obserwować jeszcze przez chwilę drobną postać Sol, biegnącą korytarzem z  naszym jeszcze drobniejszym synkiem na ręku, który, mógłbym przysiąc, dokładnie w tamtej chwili otworzył szeroko oczy i spojrzał na mnie zupełnie tak, jakby chciał coś powiedzieć, zanim zniknął wraz ze swoją matką za rogiem.
Stałem w tym samym miejscu jeszcze przez kilka chwil, zanim odwróciłem się i rzucając ostatnie bolesne spojrzenie na Hebi i Ice'a, ruszyłem pustym korytarzem w poszukiwaniu ich morderców, którzy z całą pewnością kryli się tu niczym szczury w oczekiwaniu na następną ofiarę.
Przełknąłem ślinę, próbując pozbyć się goryczy, którą pozostawiła w moich ustach obietnica dana Sol, kiedy za moimi plecami przemknął niewielki cień.
Nie zdążyłem wykonać żadnego ruchu obronnego, zanim poczułem jak ktoś wbija w moje udo igłę.

*

-Obudził się. - Usłyszałem, zanim moje oczy przyzwyczaiły się do panującej wokół ciemności. Czułem przenikliwy ból w prawym udzie, cholernie ciążyła mi głowa i nie mogłem wziąć głębszego oddechu, co, jak się okazało, spowodowane było ciasno oplecionym wokół mojej klatki piersiowej sznurem.
Niech to, kurwa, szlag - pomyślałem, nie będąc w stanie jeszcze logicznie przeanalizować tego, co się stało, wciąż otępiały po cholerstwie, które ktoś wstrzyknął mi w szpitalu.
-Ren?- Drugi głos wydawał się być znajomy, podobnie zresztą jak pierwszy, tyle, że wciąż nie mogłem przypomnieć sobie skąd. Nie byłem nawet pewien jak się nazywam i jak znalazłem się w tej zatęchłej norze, w której śmierdziało stęchlizną.
Piwnica - zaświtało mi.
Spróbowałem coś powiedzieć, ale z mojego gardła wyrwał się jedynie żałosny charkot.
-Do jasnej cholery, zapal tamte świece, dziewczyno! - syknął drugi głos, na co wspomniana "dziewczyna" natychmiast pobiegła po coś w głąb pomieszczenia, by za moment wrócić z mosiężnym świecznikiem w dłoni.
Zmrużyłem oczy, żeby przyjrzeć się jej twarzy, na którą padał teraz cień z zapalonych świec i prawie odgryzłem sobie język, kiedy rozpoznałem w niej dawną członkinię watahy Ice'a.
-Ty kłamliwa żmijo - wysyczałem z największym wysiłkiem, szarpiąc się na krześle, do którego mnie przywiązano. Chciałem ją złapać i rozszarpać na strzępy, zmywając z jej twarzy ten cały "żal", czy jakkolwiek można to nazwać. Nie mogłem zrozumieć, nie miałem pojęcia... Jak mogła zrobić coś takiego, jak mogła zdradzić w tak obrzydliwy sposób...Jak....
-Ren. Uspokój się. - Mężczyzna przytrzymał krzesło, na którym siedziałem i skinął na dziewczynę, żeby wyszła. Ta spojrzała na mnie lękliwie, postawiła świecznik na stoliku z desek i ruszyła w stronę zgrzybiałych schodów.
-To ona to zro-biła. Zabiła Ice'a i He-bi.- Mówienie jeszcze nigdy nie sprawiało mi tak wielkiego bólu. Z każdym wypowiedziany słowem czułem, jakby ktoś zdzierał z mojego gardła kolejną warstwę tkanki.- Cholerna su-ka.
-Tak, taki miała rozkaz.- Dopiero teraz zrozumiałem do kogo należy głos. Nie potrzebowałem już nawet światła świecy, żeby wiedzieć, na kogo patrzę przez barierę gęstej ciemności i kurzu unoszącego się w powietrzu między naszymi twarzami.- Złapali ją jakiś czas temu. Ona i jej przyjaciele myśleli, że odłączając się od was, mogą liczyć na jakąś okoliczność łagodzącą, ale tutaj nie istnieje coś takiego jak okoliczność łagodząca. Nikt nie wie tego lepiej, niż my...  Pozwolono im żyć na naszych rozkazach. To był jej sprawdzian. Zdała na celujący.
Parszywa mała oszustka. Parszywi zdrajcy.
Czułem, jak wściekłość, ból i rozpacz rozsadzają mnie od środka, ale wyswobodzenie się z więzów było niewykonalne. Uścisk prawie łamał mi żebra, a ja i tak nie miałem nawet siły, żeby spróbować zerwać sznur. W odpowiedzi na tłumaczenie ojca zająłem się kaszlem, przy okazji wypluwając na siebie pół szklanki krwi, którą zidentyfikowałem tylko i wyłącznie po cierpkim smaku, który pozostawiła w moich ustach.
Co się ze mną dzieje, do cholery?!
Ojciec wziął do ręki świecznik, pozwalając mi spojrzeć na swoją twarz. Jak zwykle zadbaną, z równo przyciętym zarostem, odrobinę tylko zmęczoną, co widoczne było w cieniach pod błyszczącymi ciemnozielonymi oczami. Ja musiałem za to wyglądać gorzej niż źle, bo na mój widok ojciec skrzywił się nieznacznie i zmarszczył brwi.
-Cz-e-go ode... khy- khy-khy - zacząłem, prawie się dławiąc przy kolejnym ataku krwistego kaszlu.
-Nic nie mów, to tylko wszystko przyspieszy.- Cain pokręcił lekko głową, powstrzymując mnie przed próbą wyduszenia z siebie kolejnego słowa. - Mamy niewiele czasu, a ja chciałem z tobą porozmawiać.
Patrzyłem na niego nieufnie, czekając w milczeniu.
-Na pewno pamiętasz naszą ostatnią umowę.- Zerknął na mnie i kontynuował dalej.- Obiecałem ci, że będę utrzymywał twoją rodzinę przy życiu... Myślę, że teraz jest odpowiedni moment na to, żeby porozmawiać. Jak ojciec.... z synem....
Kiedyś zakrztusiłbym się własną śliną słysząc coś takiego z ust Cain'a, ale tym razem w skupieniu słuchałem tylko, tego, co tak usilnie próbował powiedzieć.
-Wtedy w szpitalu wstrzyknięto ci w żyły coś, co czarownice nazywają Oxyhm... To wyniszczająca organizm substancja, która najpierw pozbawiła cię przytomności, a teraz powoli...
-Zabija mnie.- Wychrypiałem, kończąc zdanie za ojca, który nie potrafił powiedzieć mi w twarz, że umieram. To było dość proste. Najwyraźniej chcieli w krótkim czasie pozbyć się wszystkich Alf - w pierwszej kolejności, dla przykładu. Nie musiałem nawet zbyt błyskotliwie myśleć, żeby to zrozumieć. Ciężko określić stan umierania... Nie wiem nawet czy można to tak nazwać.
Najpierw nie czuje się nic oprócz fizycznego bólu, obecnego w każdym milimetrze ciała.
Potem zaczyna się odczuwać niewyjaśniony spokój.
Następna jest waza gniewu. Ja byłem zły na siebie. Za to, że nie potrafiłem tego przewidzieć. Że nic nie potrafiłem przewidzieć. Że dałem wciągnąć się w pułapkę i że w ogóle kiedykolwiek myślałem, że wygramy.
Na koniec czuje się strach, który jak ostre szpilki wbija się we wszystkie mięśnie.
Widziałem Sol, Ash'a, Faith i tych wszystkich, na których szczęściu mi zależało, a którzy byli teraz daleko, daleko stąd.
-Pewnie myślisz, że się cieszę. W końcu mój wyrodny, nieokrzesany syn przestanie zawracać mi głowę i niszczyć moją wątłą reputację? - Ojciec zaśmiał się jak obłąkany i skierował na mniej swój wzrok.- Już raz musiałem patrzeć jak umiera twoja matka. Teraz zmuszony jestem obserwować jak umierasz ty - jedyna rzecz, za którą ona byłaby w stanie oddać swoje życie. I nic nie zrobię. Znowu.
Wiesz dlaczego? Bo jestem słaby. Ty wiesz to już od dawna.
Patrzyłem na niego z narastającym obrzydzeniem, próbując nie skupiać się na chłodzie, wywołującym na mojej skórze gęsią skórkę.
-Widzę nienawiść w twoich oczach. Nie mam ci tego za złe. Sam siebie nienawidzę.- Ciągnął dalej mój ojciec.- I dlatego przyszedłem tutaj, wyświadczyć ci ostatnią przysługę, na którą mnie stać.
Wspomniałem o mojej obietnicy, bo mam zamiar zaopiekować się twoją kobietą i synem. Już dziś umożliwiłem im ucieczkę ze szpitala, zanim ktokolwiek zdążył się zorientować, że nie przyszedłeś tam sam. Sol, muszę przyznać, poradziła sobie ze swoim zadaniem znakomicie i obecnie jest w drodze, do jakiegoś nawet jej bliżej nieznanego miejsca. Da sobie bez ciebie radę, niewątpliwie...
Przełknąłem resztki krwi, które zostały w moich ustach i nieufnie spojrzałem na ojca.
-Za-opieku-esz się nimi? Khy- khy-khy... Błagam...
-Zrobię to w ramach naszej umowy, w zamian za co, publicznie przyznasz się do swojej winy i nie będziesz próbował się bronić.
Przez moment zawiesiłem spojrzenie w ciemności, wahając się, ale kiedy uświadomiłem sobie, że już i tak nic nie jestem w stanie zrobić, że przyznanie się, czy też nieprzyznanie nie robi mi różnicy, kiwnąłem lekko głową. Jeśli w ten sposób mogę zapewnić rodzinie bezpieczeństwo, coś takiego jak duma przestaje istnieć...
Ciężko określić mi moment, w którym naprawdę uzmysłowiłem sobie fakt, że za kilka chwil podzielę los Mac'a, Ice'a i Hebi. Że wszyscy pójdziemy z zapomnienie, prawdopodobnie rzuceni gdzieś w głęboką dziurę wykopaną na skraju lasu, przykryci nic nieznaczącym kamieniem i pozostawieni tam na całą wieczność.
Widziałem jak całe moje życie przebiega mi przed oczyma zaledwie w ciągu jednej krótkiej sekundy. Czułem każdy skurcz mięśni, każdy mililitr krwi przepływającej przez moje żyły, każdy nerw pulsujący pod wpływem diabelskiego płynu, który niszczył każdą moją komórkę. Jedną po drugiej.
Ojciec widząc mój zawzięty wyraz twarzy, wstał i pokiwał z uznaniem głową.
-Jesteś taki sam jak matka.- powiedział, uzmysławiając mi jednocześnie kogo widziałem kilka dni wcześniej na ulicy. Kobieta miała moje oczy. Mama. Próbowała mnie ostrzec, dać zrozumienia, że powinienem spakować się i zabierając ze sobą rodzinę, uciec tam, gdzie Oni nas nie znajdą. Skrzywiłem się, zawstydzony, że nie potrafiłem nawet rozpoznać własnej matki.- Zadbam o to, żeby Alexius ich nie znalazł, masz moje słowo.
Gdybym mógł mówić, pewnie powiedziałbym, że jego słowo znaczy dla mnie tyle, co psie szczyny. Zamiast tego jednak, zdobyłem się tylko na ironiczny uśmiech.
Wiedziałem, że moje szanse na przeżycie są znikome. Miałem świadomość swojego fizycznego i psychicznego osłabienia, a wszelkie kalkulacje dotyczące wydostania się z łap tych łotrów wydawały się we mnie samym wzbudzać śmiech. Stamtąd nigdy nie było ucieczki.
Nie mogłem liczyć na nic innego. Jeśli ojciec był jedyną szansą na to, że Sol i Ash będą mieli spokojne życie, to chciałem w to wierzyć.
-A teraz muszę zabrać cię na górę. Wszyscy czekają na przedstawienie...

poniedziałek, 28 grudnia 2015

(Wataha Burzy) od Hebi

-Ice, nie patrz tak na mnie...- wyszeptałam chrapliwie, kiedy nie byłam już w stanie znieść atmosfery panującej w pomieszczeniu. Bałam się tego co wisiało w powietrzu, choć wiedziałam, że jest to irracjonalne, co najmniej dziecinne. Jakbym spodziewała się, że spod łóżka zaraz wyjdzie potwór albo zza szafy wypełźnie jakaś szkarada. Jesteś jak dziecko, Hebi. Nawet nie wiesz co cię przeraża. Przecież najgorsze już nadeszło. W tym wszystkim najbardziej nieznośny nie był wzrok Ice'a - jego smutne, błękitne oczy, tak jak cała jego postać, sprawiały, że mimo wszystko czułam się bezpiecznie. To cisza doprowadzała mnie do szaleństwa. - Nie jestem głupia.
Blondyn spuścił wzrok. Wyglądał jakby szukał odpowiednich słów. Ja też ich szukałam, ale czułam, że jedyne na co mnie teraz stać to płacz. Chciałam być silna. Chciałam przynajmniej udawać silną; dla Ice'a, dla Luc'a i dla Danielle.
Po chwili, w której Ice trzymał moją dłoń, blondyn w końcu przerwał milczenie.
-Luc jest twoim całkowitym odbiciem.- powiedział. Próbował się uśmiechnąć, ale z jego oczu wyczytałam, że wkłada w to dużo wysiłku - Jest silny i zdrowy, dostał dziewięć punktów...
-A Danielle?- spytałam nie mogąc się powstrzymać. Danielle urodziła się już po tym jak straciłam przytomność, nawet jej jeszcze nie widziałam - Widziałeś ją?
-Jeszcze nie. Niedługo powinni przywieźć ją z badań.
Kłamał. Czułam to. Ale posłałam mu słaby uśmiech, najwyraźniej mało przekonujący, bo po twarzy Ice'a przeszedł cień. Chciałam wierzyć w to, że dzieci są zdrowe i bezpieczne i już wkrótce wszyscy wrócimy do domu jako szczęśliwa rodzina, ale nie potrafiłam. Cholera, to wszystko nie tak miało być...
-Więc opowiedz mi więcej o Lucasie, proszę - powiedziałam tak cicho, że przez chwilę miałam wątpliwości, czy usłyszy.
-Jest maleńki, ale bardzo waleczny - Ice patrzył mi w oczy, zdziwił mnie swoim opanowaniem. Temat Luc'a musiał być dla niego najprzyjemniejszym ze wszystkiego o czym się dzić dowiedział - Stale rusza rączkami we wszystkie strony i krzywi się pod wpływem dotyku. Zaciska piąstkę na palcu i według pielęgniarek ciągle cicho sobie mruczy...- Miałam ochotę się rozpłakać, gdy wyobrażałam sobie tę małą kulkę szczęścia. Moją małą kulkę szczęścia. Moje dziecko. Mojego syna, którego nigdy nie będę w stanie przytulić. Ice musiał to zauważyć, bo przerwał. - Ma czarne włosy,
-Czarne...?- prawie się zakrztusiłam - Jesteś pewien, Ice? Czarne?
Ice zmarszczył brwi zaskoczony moją reakcją.
-Tak, czarne zupełnie jak twoje... Coś się stało? Wezwać pielęgniarkę?
-Nie.- odpowiedziałam, ale to była nieprawda. Od rana coś się dzieje, od rana coś jest nie tak. Mam wrażenie, że cały mój świat sypie mi się z rąk - Ice, obiecaj mi, że dasz sobie ze wszystkim radę. Że zajmiesz się bliźniakami bez względu na wszystko.
-Kochanie, wszystko...
-Ice, błagam, nic nie będzie dobrze.- Przerwałam mu. Nie mogłam już tego znieść, chciałam, żeby ten dzień jak najszybciej się skończył, chciałam zasnąć i nie budzić się, aż wszystko się nie ułoży, jakby to było możliwe. - Nigdy nie wstanę z łóżka, dobrze o tym wiesz. Po co udawać? Dzieciom nigdy nie przyda się matka, która nie jest w stanie nawet samodzielnie usiąść.
-Będziesz chodzić- Ice próbował mnie przekonać do czegoś, w co sam już nie wierzył. A może wierzył? Właśnie za to go kochałam; był jedyną osobą, która była w stanie wspierać mnie do samego końca, nawet w najcięższych chwilach. Zawsze był przy mnie gdy go potrzebowałam.- Dla człowieka to może być niemożliwe, ale nie dla nas, Hebi. Nie jesteśmy zwyczajni. Znajdziemy sposób, obiecuję. Wszystko się ułoży. Będziemy szczęśliwi. Ja, ty i bliźnięta.
Zapadło milczenie, jednak tym razem cisza mi nie przeszkadzała. Patrzyliśmy sobie w oczy i rozumieliśmy się bez słów. Ta chwila trwała zaledwie kilkanaście sekund, ale ja poczułam się jakby minęły całe lata, jakbym znalazła się w innym świecie, w którym wszystko się ułożyło i w którym jesteśmy szczęśliwi. Pierwszy raz poczułam, że wierzę, że to możliwe i uśmiechnęłam się szczerze. Ice podniósł moją dłoń do ust i ucałował ją.
-Kocham cię, He...
Idealny obraz świata, który powstał w mojej głowie rozsypał się jak stłuczone lustro.
W jednej chwili Ice patrzył na mnie spokojnie, a w drugiej jego źrenice rozszerzyły się do maksymalnego rozmiaru, podczas gdy ja obserwowałam cienką, karmazynową strużkę spływającą z jego lekko rozchylonych ust po brodzie, szyi i obojczyku chłopaka. Blondyn próbował coś powiedzieć, ale słychać było tylko ciche charczenie wydobywające się z jego gardła. Jego biała koszulka zaczerwieniła się od spływającej krwi, blond włosy przykleiły się do karku, piękne, błękitne oczy zaszły mgłą. Zachwiał się, a potem zsunął z blaszanego krzesła, które mu przyniesiono. Jego głowa opadła mi na kolana, a złociste loki rozsypały się delikatnie na śnieżnobiałej pościeli. Cały czas ściskał moją drobną, słabą dłoń w swojej większej odpowiedniczce, ale jego uścisk stawał się lżejszy z każdą setną sekundy.
To wszystko stało się w mgnieniu oka, miałam wrażenie, że wskazówki zegara przywieszonego na przeciwległej ścianie nawet nie drgnęły. Chciałam krzyczeć, płakać, wstać, podnieść go, przytulić, błagać, żeby się obudził, żebyśmy wzięli dzieci i jak najszybciej stąd uciekli...Ale nie mogłam. Nie mogłam się ruszyć, głos uwiązł mi w gardle, nigdy nie czułam się tak bezradna.
-Przykro mi, Ice...
Podniosłam wzrok, gdy usłyszałam kobiecy głos.
- Ty...- tylko tyle byłam w stanie wychrypieć na widok znajomej twarzy. Zmieniła się, ale nie tak, że nie byłam w stanie jej poznać.
Napotkałam jej wzrok. Współczuje mi? Ona? Wiem jak żałośnie musiałam wyglądać - zaczerwienione, podkrążone oczy, mokra od łez twarz, sine usta, brudne, rozczochrane włosy. Byłam obrazem nędzy i rozpaczy. Jednak to właśnie jej wzrok mnie rozwścieczył.
Ty przeklęta suko, miałam ochotę krzyczeć, ty mi współczujesz?! Ty mnie żałujesz?! Z nas dwóch to ty jesteś tą żałosną! Kochałaś go! Byłyśmy przyjaciółkami! Zdradziłaś nas wszystkich!
Jęknęłam, gdy poczułam ukłucie. Przeniosłam wzrok z jej twarzy na strzykawkę z powietrzem w jej ręku, która sekundę później boleśnie wbijała się w pulsującą żyłę w moim nadgarstku.
- Co mi...- próbowałam zapytać, ale tylko się zakrztusiłam.
- Przepraszam, Hebi...
Miałam ochotę uderzyć ją w twarz, gdy zobaczyłam jak jej oczy zaczynają się szklić. Nie waż mi się tu beczeć! Nie po tym co nam zrobiłaś!
Uderzył mnie przeszywający ból. Miałam wrażenie, że tysiące igieł wbija mi się w każdą część ciała, że coś zaraz rozsadzi mi serce. To było jak w jednym z tych koszmarów, w których próbuje się przed czymś uciec, ale nogi są zbyt ciężkie i nie wiadomo skąd wyrasta przepaść, w którą trzeba spaść. Różnica polegała na tym, że w tych koszmarach budzi się zaraz po uderzeniu w ziemię, a ja miałam dopiero zasnąć. Zrobiło mi się zimno, częściowo dlatego, że pomyślałam o dzieciach. Ogarnęło mnie przerażenie. Co z nimi? Co teraz z nimi będzie? Czy kiedy Ice opowiadał mi o Luc'u, on jeszcze żył? Co tak naprawdę działo się z Danielle? Wokół robiło się naprawdę zimno. I ciemno. Kiedy byłam mała zgubiłam się w lesie. Czułam się dokładnie tak samo. Przerażona, bezbronna i zmęczona. A mój biedny, dobry Ice nie mógł mi już pomóc, żadnemu z nas.
Czułam już tylko resztkę ciepła pozostałą w jego dłoni, wciąż splecionej z moimi bezwładnymi całkowicie już palcami.
- Alexius kazał ci przekazać - usłyszałam jeszcze zanim otoczyła mnie ciemność - że nie złamiesz klątwy. Nie w ten sposób.

niedziela, 27 grudnia 2015

(Wataha Wody) od Ice'a

-Proszę pana?
Podniosłem głowę, wzdrygając się lekko na dźwięk głosu lekarza, patrzącego teraz na mnie wzrokiem winowajcy, i posłałem mu wyzywające spojrzenie.
-Co z Hebi?- Spytałem przez zaciśnięte zęby, przygotowany na najgorsze po tym jak zostałem siłą wyszarpany z sali operacyjnej  przez trzech pielęgniarzy, kiedy to Hebi straciła przytomność, a wszelkie możliwe monitory zaczęły migać i wydawać ostrzegawcze sygnały.
-Niestety nie mogę jeszcze udzielić żadnej informacji o stanie zdrowia pańskiej żony. Mogę jedynie zapewnić, że  jej życiu obecnie nic nie zagraża.
"Obecnie".
-Natomiast jeśli chodzi o dzieci... Syn urodził się jako pierwszy i jest całkowicie zdrowy. Poza zbyt słabym jeszcze układem odpornościowym, rzecz jasna. Oboje przyszli na świat dwa miesiące za wcześnie, tak więc rozsądne będzie zatrzymanie go w szpitalu do czasu, kiedy będzie już całkowicie samodzielny pod względem funkcjonowania organizmu. - Zerknął na kartę w swojej dłoni.- Chłopiec waży 1,3kg, mierzy 30cm i otrzymał 9 punktów w skali Apgar. Pediatra odjął jeden z powodu płytkiego oddechu, ale obecnie wszystko doszło już do normy.
Słuchałem wszystkiego w milczeniu, czekając aż padnie też choć jedna informacja o drugim dziecku, ale kiedy po chwili ciszy lekarz wciąż nie wspomniał o nim ani jednym słowem, wszystkie inne uczucia przyćmił strach.
-A co z moją córką?- Zapytałem wreszcie, z trudem przełykając ślinę.
Lekarz westchnął cicho i usiadł na krześle obok, bezradnie rozkładając ręce.
-Cóż... Dziewczynkę wyciągnęliśmy 15 minut później. Od razu po urodzeniu nie potrafiła samodzielnie oddychać i miała zbyt słabe serce.
-Jak to "miała"?- Poczułem jak mój puls gwałtownie przyspiesza. Spojrzałem na lekarza, próbując cokolwiek wyczytać z jego szarych oczu.
-Musieliśmy przenieść ją bezpośrednio na salę operacyjną. Chirurdzy dziecięcy w tej chwili walczą o jej życie...- Dotknął mojego ramienia.- Operacja może potrwać jeszcze kilka godzin, ale nie będę kłamać - szanse są niewielkie. Przykro mi, ale jeśli jednak uda nam się naprawić jej serce, potrzeba będzie wiele czasu, zanim poradzi sobie z tym jej organizm. Jest bardzo drobna, jak to zwykle bywa u bliźniąt... To stanowi dodatkową komplikację dla naszych chirurgów... Ale... Mimo wszystko proszę być dobrej myśli.
Miałem ochotę parsknąć śmiechem prosto w jego twarz, ale zamiast tego wypuściłem powoli powietrze przez nos i zakryłem oczy dłonią.
-Syn jest na oddziale noworodków, można zobaczyć go przez szklaną szybę.- Lekarz wstał i poklepał mnie pocieszająco po ramieniu.- Będę na bieżąco informował pana o stanie żony i córki, ale gdyby chciał pan porozmawiać... Proszę pytać w dyżurce o doktora Crane'a.
W odpowiedzi mruknąłem coś niezrozumiałego i oparłem czoło o zaciśniętą pięść, czując jak cały strach i moją rodzinę wypełnia całe moje ciało, milimetr po milimetrze
Dopiero wtedy zauważyłem kilka zaczerwienionych siniaków na kostkach, które przypomniały mi, że podczas przymusowego opuszczania sali porodowej chyba złamałem nos jednego z pielęgniarzy.
Hebi...Hebi...Hebi... Co z Hebi? Czemu nie chcą mi nic powiedzieć?
Wściekły uderzyłem pięścią w ścianę, rozwalając rany na kostkach do krwi.
To jasne, że doktor Crane nie chciał jeszcze mówić nic o Hebi. Całkiem możliwe, że podejrzewał mnie o niepoczytalność po moim popisie podczas opuszczania sali porodowej...
A jeśli bał się mojej reakcji na informacje o stanie zdrowia mojej "żony", prawdopodobnie nie był on zbyt zadowalający.
I tak wiadomość o Danielle była wystarczająco przytłaczająca. Nawet nie zdążyłem jej zobaczyć, zanim siłą wytargano mnie na korytarz. Żadne z nas nie zdążyło.
Co się ze mną stało? Zawsze starałem się myśleć pozytywnie, a teraz nie byłem nawet pewien, czy kiedykolwiek opuścimy w czwórkę mury tego szpitala.
Lucas.
Jest jeszcze Lucas - całkowicie sam.
Ruszyłem bezmyślnie korytarzem w kierunku oddziału dziecięcego, oznaczonego kolorowymi literami.
-Przepraszam, gdzie tutaj jest pomieszczenie z noworodkami?- Spytałem uśmiechniętej pielęgniarki, piszącej coś zaciekle w notatniku.
-Na samym końcu korytarza.-Uśmiechnęła się promiennie, ukazując rząd idealnie prostych zębów.- Zaprowadzę pana.- Skinąłem głową, wdzięczny za kogoś, kto nie próbował mi współczuć; kogoś, kto nie miał zielonego pojęcia co właśnie mógłbym przeżywać.- Jak ma na imię pańskie dziecko?
-Lucas.
-Synek leży w drugim inkubatorze od lewej.- Pielęgniarka podeszła do szyby i wskazała palcem małe zawiniątko za przezroczystą szybą.- Gratuluję, chłopiec jest prześliczny.
-Mógłbym wejść do środka? Chciałbym zobaczyć go z bliska...- Wymamrotałem niepewnie, nie odrywając wzroku od zawiniątka.
Kobieta zawahała się, ale widząc mój zbolały wyraz twarzy, skinęła lekko głową.
-Trzy minuty, nie więcej. Robię dla pana wyjątek...
-Dziękuję.- Posłałem jej wymuszony uśmiech i zamknąłem za sobą drzwi, zostając sam pośród tuzina noworodków, wiercących się w swoich becikach. Powoli ruszyłem w kierunku  inkubatora wskazanego przez pielęgniarkę, żeby kilka sekund później pochylić się nad maleńką miniaturką Hebi, przykrytą niebieskim kocykiem.
Luc był idealny w każdym calu. Malutki, zaróżowiony i podobny do matki. Oczy miał ciasno zaciśnięte, podobnie jak piąstki, a od reszty dzieci odróżniała go przede wszystkim delikatna czarna czuprynka na czubku małej główki.
Ciężko określić to, co czuje się podczas pierwszego spotkania ze swoim dzieckiem. Ren kiedyś powiedział, że wtedy świat kurczy się do rozmiaru tej małej istotki, która powstała z.połączenia krwi twojej i osoby, którą kochasz najbardziej na świecie. Sam nie potrafiłbym lepiej tego opisać...
-Cześć, synku.-Powiedziałem, dotykając małej rączki Luc'a opatrzonej bransoletką z jego imieniem i dokładną godziną narodzin, na co ten wzdrygnął się delikatnie przez sen, krzywiąc pulchne policzki.
Cały ból związany z cierpieniem Hebi i naszej umierającej córce stał się bardziej znośny na widok rozespanego, całkowicie zdrowego Luc'a. Tępe uczucie bezradności zeszło na drugi plan przy całej miłości, którą czułem się do tej maleńkiej istotki, zaciskającej rączkę na moim małym palcu.
-Przepraszam...- ktoś odchrząknął za moimi plecami. Musiałem tak stać trochę dłużej niż kilka minut, bo pielęgniarka zaczęła posyłać w moją stronę ostrzegawcze spojrzenia. Odwróciłem się i napotkałem wzrok doktora. - Mam już pełną kartę zdrowia pańskiej żony. Proszę za mną, jeszcze nacieszy się pan synkiem.
Skinąłem głową i bez słowa wyszedłem na korytarz, rzucając jeszcze ostatnie tęskne spojrzenie na malca, żeby wysłuchać tego, co miało zniszczyć moje nadzieje na szczęśliwe zaskoczenie, które prawdopodobnie nigdy nie miało istnieć.
Lekarz obrzucił mnie badawczym spojrzeniem i wykonał ruch ręką, wskazując kierunek, w którym mieliśmy podążyć korytarzem, jak łatwo było się domyślić - do sali, w której leżała Hebi.
-Mam dla pana złe wiadomości.- powiedział wreszcie najbardziej bezbarwnym tonem, jaki kiedykolwiek słyszałem.- Żona nie była przygotowana na ciążę bliźniaczą. Utrzymanie przy życiu jednego dziecka już było dla niej wyzwaniem, a co dopiero dwoje... Poród okazał się zbyt wielkim wyzwaniem. Doszło do uszkodzenia dolnej części kręgosłupa, co prawdopodobnie musiało być bolesne do tego stopnia, że straciła przytomność. Wtedy też musieliśmy... ehm... Wyprosić pana z sali i wykonać cesarskie cięcie. Oględziny stanu jej zdrowia trwały tak długo, ponieważ chcieliśmy mieć całkowitą pewność co do naszej diagnozy...
-Więc jak ona brzmi, doktorze?- Prawie nie rozpoznałem swojego głosu. Nie mogłem dłużej znieść tej niepewności, która wyżerała mnie od środka od kilku ostatnich godzin czekania na jakiekolwiek wiadomości.
-Dziewczyna jest praktycznie całkowicie sparaliżowana.

*

-Ice, nie patrz tak na mnie...- Powiedziała chrapliwie Hebi, patrząc na mnie swoimi rubinowymi oczami bez śladu jakichkolwiek emocji. - Nie jestem głupia.
Spuściłem wzrok i objąłem jej dłoń, jedną ręką nie przestając gładzić aksamitnych hebanowych włosów dziewczyny.
-Luc jest twoim całkowitym odbiciem.- Powiedziałem, całą siłą woli powstrzymując głos przed drżeniem.- Jest silny i zdrowy, dostał dziewięć punktów...
-A Danielle?- Spytała, delikatnie zaciskając palce w moim uścisku.- Widziałeś ją?
-Jeszcze nie. Niedługo powinni przywieźć ją z badań.- Skłamałem, nie potrafiąc wyznać Hebi całej prawdy po tym jak lekarz osobiście poinformował ją, że prawdopodobnie do końca życia nie stanie na nogi, a jej jedyną możliwością ruchu będzie poruszenie palcami u dłoni i ograniczone ruchy szyją.
Nie zasłużyła na to wszystko. Nikt z nas nie zasłużył.
-Więc opowiedz mi więcej o Lucasie, proszę.
Spojrzałem jej w oczy, wkładając w swój wzrok całe opanowanie, którego resztkę posiadałem.
-Jest maleńki, ale bardzo waleczny. Stale rusza rączkami we wszystkie strony i krzywi się pod wpływem dotyku. Zaciska piąstkę na palcu i według pielęgniarek ciągle cicho sobie mruczy...- Urwałem na chwilę, widząc jak w kąciku oka Hebi zbiera się łza.- Ma czarne włosy,
-Czarne...?- Przez twarz dziewczyny przemknął cień niedowierzania.- Jesteś pewien, Ice? Czarne?
Przyjrzałem się wąskiej linii między jej brwiami, próbując zrozumieć, co tak bardzo ją zaniepokoiło.
-Tak, czarne zupełnie jak twoje... Coś się stało? Wezwać pielęgniarkę?
-Nie.- Hebi na chwilę ulokowała oczy na wysokości sufitu, wpatrując się w coś niewidzialnego i odezwała się znów dopiero po kilku płytkich oddechach.- Ice, obiecaj mi, że dasz sobie ze wszystkim radę. Że zajmiesz się bliźniakami bez względu na wszystko.
-Kochanie, wszystko...
-Ice, błagam, nic nie będzie dobrze.- Przerwała mi słabo, znów odwracając do mnie twarz. Nigdy nie wstanę z łóżka, dobrze o tym wiesz. Po co udawać? Dzieciom nigdy nie przyda się matka, która nie jest w stanie nawet samodzielnie usiąść.
-Będziesz chodzić- powiedziałem przez zaciśnięte zęby.- Dla człowieka to może być niemożliwe, ale nie dla nas, Hebi. Nie jesteśmy zwyczajni. Znajdziemy sposób, obiecuję. Wszystko się ułoży. Będziemy szczęśliwi. Ja, ty i bliźnięta.
Przez chwilę milczeliśmy, patrząc sobie w oczy. Oboje wiedzieliśmy, co czuje każde z nas, nie potrzebowaliśmy właściwie żadnych słów. Pochyliłem się tylko, by unieść jej dłoń do ust i delikatnie pocałowałem końce jej palców.
-Kocham cię, He... - Jej imię uwięzło w moich ustach, kiedy poczułem przeszywający ból z tyłu szyi. Otworzyłem szeroko oczy, gdy coś lodowatego przebiło mięśnie krtani i spojrzałem na Hebi, próbując coś powiedzieć.
Usłyszałem jeszcze tylko cichy, damski głos, mówiący: "Przykro mi, Ice...", zanim zaczęła mnie dławić moja własna, cierpka i gęsta krew.